Im więcej jest w nas złości, tym wiecej mamy w sobie do zrobienia.
Na początku nikt nie dostrzega, że złość jest jakimś problemem. Większość ludzi uważa, że złość jest naturalnym odruchem i nie ma w nim nic złego. Złość jest impulsem, który powinien uświadomić, że wciąż jest z nami coś nie w porządku, że wciąż jesteśmy daleko od źródła. Oczywiście można całe życie trwać w błogiej nieświadomości, ale szkoda na to czasu.
Emocje i cechy charakteru to podstawowe rzeczy, które trzeba w sobie rozpatrzeć. Jeśli tego nie zrobisz, nigdy nie dojdziesz do serca, nie poczujesz czym jest miłość, nie poznasz jej i nikomu jej nie podarujesz. Rozpatrując siebie najłatwiej zacząć właśnie od emocji. Stan emocjonalny jest reakcją na pewne zdarzenia, wynika z czegoś, coś za sobą pociąga. Człowiek może się przyjrzeć co i dlaczego wywołuje w nim określone reakcje i do czego te reakcje prowadzą.
Przy rozpatrywaniu siebie zawsze należy pamiętać o drugim człowieku. W sytuacjach emocjonalnych zawsze bierze udział więcej niż jedna osoba, dlatego trzeba próbować postawić się na jej miejscu, zastanowić się nad jej punktem widzenia i odczuwania. Trzeba chcieć zauważyć tą osobę i pomyśleć o tym jak ja bym się czuł i co bym widział patrząc jej oczami i czując jej sercem. Jej. Nie swoim. Okres średniowiecza już dawno minął. Żyjemy w innych czasach i nie możemy mieć ciągle zasłoniętych oczu klapkami, jak kiedyś konie.
Nie da się iść dalej jeśli nadal chce się żyć przeszłością. Lepsza przyszłość wymaga swojego rodzaju czystości, pożegnania z przeszłością, rezygnacji z dawnego życia. Lepsze jutro wymaga oddania, wymaga tego słynnego końca świata, który musi nastać w nas. Jeśli tak się nie stanie, nic więcej się nie zdarzy. Nic nowego. Będzie tylko ten świat, który istniał do tej pory.
I to jest jedna z tych rzeczy, o których ostatnio ciągle myślę. Ludzie szukają innego świata, innego życia i nie można powiedzieć, że w tych poszukiwaniach nie są zdeterminowani. A skoro są zdeterminowani, to znaczy, że tego chcą, że potrzebują tych zmian. Przekręcają swoje życie o 180 stopni, aż robi się z niego totalny bajzel. Porzucają wszelkie wartości pod pretekstem szukania drogi, odwracają się od Kościoła a więc poniekąd też od Boga, od ludzi, od siebie nawzajem, od norm przyjętych przez społeczeństwo, manifestują, cudują, wymyślają, w końcu już sami nie wiedzą za czym gonią, nie wiedzą czego szukają a już na pewno nie widzą jaki to wszystko ma skutek, jaki ma wpływ na rodzinę, na najbliższe osoby, na życie wśród ludzi, na całość, na wszystko. Później z tego "szukania" robi się styl życia, dostosowanie "szukania" do swoich potrzeb, czyli nic innego jak egoizm. Cecha, którą człowiek ma w sobie kiedy zaczyna szukać. Jeśli na początku podróży był w nas egoizm i na końcu nadal on jest, to znaczy, że to ciągle początek.
Widziałam wiele takich gonitw, widziałam wiele różnych dróg i wielu pogubionych ludzi. I rozumiem to. Rozumiem, że jest to część pewnego ludzkiego procesu, że ludzie w swoim życiu mogą posunąć się do różnych rzeczy z różnych powodów. Zastanawia mnie tylko ten jeden moment. Ten moment, kiedy ludzie znajdują. Po kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu latach ludzie znajdują drogę, której tak długo szukali. I nic. Stoją przed drzwiami i nie potrafią przekroczyć progu. Potrafili przez ten cały czas wywracać swoje życie do góry nogami bez względu na wszystko, żeby tylko czegoś się dowiedzieć, żeby coś zmienić a w momencie kiedy już mogą - nagle przestają chcieć, przestają szukać. Tak, jakby chcieli zostać przy tym co było do tej pory, przy tym, co tak bardzo chcieli zmienić. Nagle okazuje się, że nie chcą wiedzieć, nie chcą słuchać. Można tłumaczyć, ale i tak nie słyszą. Można pokazywać, ale nie widzą. Nawet jeśli rozumieją wszystko w tym momencie, to za chwilę już są przy swoim dawnym życiu, przy swoich "prawdach". Dlaczego więc w ogóle szukali? Po co szukali? Dlaczego się zatrzymują? Bo łatwiej zmienić wszystkich i wszystko wokół niż siebie? Bo łatwiej powiedzieć, że się nie widzi i nie wie o co chodzi niż przyznać się, że jest się tym, kim się jest? Bo łatwiej jest nic nie robić niż podjąć próbę walki o siebie, o innych, o lepsze życie?
W pewnym momencie drogi ludzie widzą wszystko na swój temat. Odczuwają złość w sytuacjach, w których wydaje się, że już nie powinni jej odczuwać. Sami są zaskoczeni, że ją czują, bo przecież przez długi czas ta złość już się nie pojawiała. Tylko to, że się nie pojawiała nie znaczy, że jej nie było. Ta złość nawet nie musi dotyczyć tej konkretnej sytuacji, w której daje o sobie znać. Może dotyczyć zupełnie czegoś innego. Na pewnym etapie to już nie ma znaczenia. Złość jest złością. Po prostu. Jest. I trzeba ją w sobie zobaczyć i pozwolić jej odejść. W trakcie przyglądania się tej złości, człowiek zdaje sobie sprawę, że jakiś czas temu właśnie tak zareagowałby na taką sytuację. Przygląda się temu jaki był, jaki ciągle jest, bo jednak ta złość się pojawia. I jak już to rozumie, to zaraz później zauważa, że zareagował złością na ludzi, bo coś było mu nie na rękę, bo miał inne plany. Zezłościł się na ludzi, bo akurat przyszli w odwiedziny a on zaplanował sobie coś innego. Dopiero później pomyślał, że przecież nic złego nie zrobili, że nie pojawiają się przecież codziennie, że ta wizyta jest dla nich ważna. Egoizm. Mi nie pasuje, bo plan był inny. Bóg zawsze ma inne plany niż Ty. I zawsze znajdzie sposób, żeby pokazać Ci kim jesteś i co jest w Tobie do zrobienia. I potem jest człowiekowi wstyd. Wstyd, że znowu pomyślał tylko o sobie a o innych już nie. Wstyd, że w ogóle mógł tak pomyśleć.
Nie można mieć miłości w sercu i nie widzieć innych ludzi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz