Rywalizacja w rodzinie często ma miejsce pośród kobiet. Mężczyznom można zarzucać wiele rzeczy na różnych poziomach, ale zazwyczaj to kobietom wydaje się, że watro grać rolę lepszej synowej niż faktycznie nią być. Dzieje się to z wielu powodów. Dla większości to doskonały moment na dowartościowanie siebie. Oczywiście kosztem innych w niezbyt fajnych sytuacjach, ale rywalizujących najczęściej to niewiele obchodzi. Kolejna sprawa to majątek. Majątek i pieniądze rodziców czy teściów, które prędzej czy później gdzieś zostaną ulokowane. Nikt tego nie mówi, ale zadziwiające jest to, jak wiele osób myśli w ten sposób. Wyciąganie rąk po cudze pieniądze jest bardzo powszechne. To ludzie potrafią najlepiej. A z cudzego domu wydarliby jak najwięcej. Bez oglądania się na nikogo, bez żadnych skrupułów, wyrzutów sumienia. Bez mrugnięcia okiem zabraliby wszystko. Choćby po to, żeby później się rozwieść i mieć zabezpieczenie.
I to jest jedna z tych rzeczy w ludziach, która brzydzi mnie najbardziej. Chęć zawładnięcia czymś, na co inny człowiek pracował całe swoje życie. I co najciekawsze, każdy myśli, że jest bystry. Każdy uważa, że tego nie widać, że ludzie, których to dotyczy są ślepi i niczego nie czują. Każdy uważa, że wystarczy kilka razy się uśmiechnąć, poudawać kogoś fajnego. Raz na jakiś czas okazać komuś zainteresowanie. I już. Tyle wystarczy, żeby zmylić, żeby kogoś oszukać. Nie. Nie wystarczy. Wszystko to, co jest w twoim wnętrzu jest i na zewnątrz ciebie. I ludzie to odbierają. Wiedzą. Po prostu wiedzą. Więcej niż się wydaje.
Widziałam wiele takich obrazów. Widziałam jak rodzeństwa odwracają się od siebie pod wpływem nowych osób wchodzących w rodzinę. Widziałam matki, które radziły swoim córkom szukać sobie facetów z portfelem. Matki, które radziły synom szukać kobiet, które będą ich utrzymywały. Bo po co pracować skoro ktoś może dać za darmo. Po co mieć swoje pieniądze skoro można nieustannie korzystać z cudzych? Po co nauczyć się pracować, szanować to, co się zarobi i być niezależnym? Po co skoro można żyć bez tego. Można żerować na kimś i udawać, że ma się do tego prawo, że to się należy.
Oszukiwanie ludzie mają we krwi. I nawet przez myśl im nie przejdzie, że ktoś może znać prawdę. Kiedyś już o tym mówiłam, ale powiem jeszcze raz. Każdy chciałby dostać jak najwięcej i najlepiej za darmo. Tak jest najłatwiej. Po co szanować czyjąś pracę i czas jeśli można tego nie robić i też być człowiekiem? Bo można prawda?
To nie jest trudne wiedzieć o kimś więcej niż sam mówi. Mając dostęp do siebie samego, masz dostęp do wszystkich. Im więcej pozwolisz sobie wiedzieć o sobie samym, tym więcej będziesz wiedzieć o innych. Im bliżej Boga jesteś - tym bliżej jesteś prawdy. Jeśli tego nie chcesz, to tego nie rób. Masz prawo żyć w ciemności, niewiedzy, strachu, gniewie, zazdrości, smutku, kłamstwie. Masz prawo żyć w czymkolwiek chcesz i jakkolwiek chcesz, ale jeśli wyjdziesz z założenia, że wszyscy wybiorą tak jak ty, to jesteś w błędzie.
Ludzie nie zastanawiają się nad tym, co robią. Działają pod wpływem emocji, przez co wychodzą później niezbyt fajne sytuacje, które doskonale ich określają. Wtedy nic już nie da się zrobić. Niczego nie da się cofnąć. Niczego nie da się naprawić. Sytuacja dzieje się sama i nie ma już nad nią żadnej kontroli. Mimo to, niewiele osób stać na to, żeby powiedzieć zwykłe "przepraszam". Tak, jakby to kosztowało niesamowite pieniądze.
Chciwość, zachłanność, zazdrość na każdym kroku. Potrzeba rywalizacji i ukazania siebie w jak najlepszym świetle, która można śmiało powiedzieć, że zahacza już o stan chorobowy. Nawet wtedy, kiedy nie ma czego zazdrościć. Ludzie znajdą powód. Wykopią go spod ziemi, żeby tylko prowadzić z kimś wojnę. Oczywiście z uśmiechem na ustach i fałszywą sympatią. Takie wojny są najlepsze, prawda? Wtedy łatwiej jest się wszystkiego wyprzeć. Przed samym sobą. Tylko przed samym sobą, bo przed nikim innym się nie uda. Ludzie nie są tak bystrzy i cwani jak sądzą.
Według matek żadna kobieta nie będzie wystarczająco dobra dla ich syna. Według ojców żaden mężczyzna nie jest dość dobry dla córki. To schemat, który chyba wszyscy znają. Zdarzają się rodziny, w których nie funkcjonuje, ale najczęściej da się go zauważyć, choć bywa lekko zmodyfikowany. Nawet jeśli ten schemat nie jest dość widoczny, (a może nie być, bo często jest ukrywany), to często bardzo zauważalna jest pochodna tego problemu. Traktowanie syna albo córki jako jednostki. Pomimo zawarcia małżeństwa, pomimo wyprowadzenia się z domu, pomimo rozpoczęcia zupełnie innego, samodzielnego etapu w życiu, dziecko (a jednak osoba dorosła) wciąż jest traktowane jako jednostka. I tylko ta osoba jest w rodzinie, jej druga połówka już nie. Nie wszyscy to widzą. Myśle, że niektórzy nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że coś takiego robią. Ale jednak robią. I jest to zauważalne i odczuwalne. W innych przypadkach nowa "rodzina" robi to celowo. Przy byle okazji zaznacza tylko istnienie brata, syna, siostry, córki. Druga osoba się nie liczy, nie istnieje. Przy okazji znowu kwestia pieniędzy. Przykładowo. Kupiony dom przez syna i synową za wspólne pieniądze jest tylko domem syna. Nie ma "ich" jest tylko "jego". Tak samo nie ma "oni" jest "on" i "ona" ciągle osobno. Jakby nic się nie zmieniło. I dalej jest milion takich historii. Wystarczy dobrze się przyjrzeć. Domów jest wiele, ale większość mówi to samo.
Jeśli uważasz, że coś ci się należy, to nie znaczy, że tak faktycznie jest. A jeśli nawet coś ci się należy, to nie znaczy, że można sobie to wziąć samemu.
Widziałam wiele takich obrazów. Widziałam jak rodzeństwa odwracają się od siebie pod wpływem nowych osób wchodzących w rodzinę. Widziałam matki, które radziły swoim córkom szukać sobie facetów z portfelem. Matki, które radziły synom szukać kobiet, które będą ich utrzymywały. Bo po co pracować skoro ktoś może dać za darmo. Po co mieć swoje pieniądze skoro można nieustannie korzystać z cudzych? Po co nauczyć się pracować, szanować to, co się zarobi i być niezależnym? Po co skoro można żyć bez tego. Można żerować na kimś i udawać, że ma się do tego prawo, że to się należy.
Oszukiwanie ludzie mają we krwi. I nawet przez myśl im nie przejdzie, że ktoś może znać prawdę. Kiedyś już o tym mówiłam, ale powiem jeszcze raz. Każdy chciałby dostać jak najwięcej i najlepiej za darmo. Tak jest najłatwiej. Po co szanować czyjąś pracę i czas jeśli można tego nie robić i też być człowiekiem? Bo można prawda?
To nie jest trudne wiedzieć o kimś więcej niż sam mówi. Mając dostęp do siebie samego, masz dostęp do wszystkich. Im więcej pozwolisz sobie wiedzieć o sobie samym, tym więcej będziesz wiedzieć o innych. Im bliżej Boga jesteś - tym bliżej jesteś prawdy. Jeśli tego nie chcesz, to tego nie rób. Masz prawo żyć w ciemności, niewiedzy, strachu, gniewie, zazdrości, smutku, kłamstwie. Masz prawo żyć w czymkolwiek chcesz i jakkolwiek chcesz, ale jeśli wyjdziesz z założenia, że wszyscy wybiorą tak jak ty, to jesteś w błędzie.
Ludzie nie zastanawiają się nad tym, co robią. Działają pod wpływem emocji, przez co wychodzą później niezbyt fajne sytuacje, które doskonale ich określają. Wtedy nic już nie da się zrobić. Niczego nie da się cofnąć. Niczego nie da się naprawić. Sytuacja dzieje się sama i nie ma już nad nią żadnej kontroli. Mimo to, niewiele osób stać na to, żeby powiedzieć zwykłe "przepraszam". Tak, jakby to kosztowało niesamowite pieniądze.
Chciwość, zachłanność, zazdrość na każdym kroku. Potrzeba rywalizacji i ukazania siebie w jak najlepszym świetle, która można śmiało powiedzieć, że zahacza już o stan chorobowy. Nawet wtedy, kiedy nie ma czego zazdrościć. Ludzie znajdą powód. Wykopią go spod ziemi, żeby tylko prowadzić z kimś wojnę. Oczywiście z uśmiechem na ustach i fałszywą sympatią. Takie wojny są najlepsze, prawda? Wtedy łatwiej jest się wszystkiego wyprzeć. Przed samym sobą. Tylko przed samym sobą, bo przed nikim innym się nie uda. Ludzie nie są tak bystrzy i cwani jak sądzą.
Według matek żadna kobieta nie będzie wystarczająco dobra dla ich syna. Według ojców żaden mężczyzna nie jest dość dobry dla córki. To schemat, który chyba wszyscy znają. Zdarzają się rodziny, w których nie funkcjonuje, ale najczęściej da się go zauważyć, choć bywa lekko zmodyfikowany. Nawet jeśli ten schemat nie jest dość widoczny, (a może nie być, bo często jest ukrywany), to często bardzo zauważalna jest pochodna tego problemu. Traktowanie syna albo córki jako jednostki. Pomimo zawarcia małżeństwa, pomimo wyprowadzenia się z domu, pomimo rozpoczęcia zupełnie innego, samodzielnego etapu w życiu, dziecko (a jednak osoba dorosła) wciąż jest traktowane jako jednostka. I tylko ta osoba jest w rodzinie, jej druga połówka już nie. Nie wszyscy to widzą. Myśle, że niektórzy nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że coś takiego robią. Ale jednak robią. I jest to zauważalne i odczuwalne. W innych przypadkach nowa "rodzina" robi to celowo. Przy byle okazji zaznacza tylko istnienie brata, syna, siostry, córki. Druga osoba się nie liczy, nie istnieje. Przy okazji znowu kwestia pieniędzy. Przykładowo. Kupiony dom przez syna i synową za wspólne pieniądze jest tylko domem syna. Nie ma "ich" jest tylko "jego". Tak samo nie ma "oni" jest "on" i "ona" ciągle osobno. Jakby nic się nie zmieniło. I dalej jest milion takich historii. Wystarczy dobrze się przyjrzeć. Domów jest wiele, ale większość mówi to samo.
Jeśli uważasz, że coś ci się należy, to nie znaczy, że tak faktycznie jest. A jeśli nawet coś ci się należy, to nie znaczy, że można sobie to wziąć samemu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz