piątek, 22 lutego 2019

Wartość istnienia

Jeśli Bóg dał, to ma też prawo zabrać. 

Ile istnień pochłonęła ta ziemia bezsensownie? Widzisz? Te wszystkie domy, które niedługo zabierze czas. Odejdą w zapomnienie. Tak jak my i pamięć o nas. 

Rzeczy, które czas rozdrapuje w pył. Opuszczone miejsca, w których już nigdy nie zazieleni się trawa. Miejsca porzucone, w których głosy ucichły już dawno temu. Miejsca zimne, pozbawione miłości mimo że, bogatsze o kolejne wschody i zachody słońca. Miejsca brudne, obciążone historią ludzi, którzy w nich żyli. Miejsca samotne, jak wiele serc na tym świecie. 

W życiu nie chodzi o to, żeby jak najwięcej zobaczyć. W życiu chodzi o to, żeby jak najwięcej poczuć  tego co się widzi. Poczuć i rozumieć to. 

Rozetrzeć granice pomiędzy przeszłością i przyszłością. Stworzyć teraźniejszość, zająć się nią. Poczuć każde miejsce, w którym się jest. Poczuć siebie w tym miejscu. Wykorzystać każdą minutę swojego życia na próbę zrozumienia. 

Podstawą wychodzenia z emocji jest chęć zrozumienia. Dokładne obejrzenie wszystkich stron danej sytuacji. Rozumienie postępowania tych, którzy brali w niej udział. 

Jeśli sądzisz, nie sądź. Jeśli nie rozumiesz, zapytaj. Jeśli nie wiesz, rozmawiaj. Jeśli w coś wierzysz, nie wstydź się tego. Jeśli czegoś potrzebujesz, powiedz o tym. Nigdy nie czekaj na to, że ktoś się domyśli. Nie marnuj czasu, bo nigdy nie wiesz, ile go zostało. 

Nie karz innych za swoje grzechy. Nie udawaj, że tych grzechów nie było. Jeśli masz coś do rozwiązania, rozwiąż to. Jeśli masz coś do wyjaśnienia, wyjaśnij. Nie czekaj. Mijające lata niczego nie zmienią. Zdarzenia zostają w ludziach, kształtują ich. Wpływają na życie. Budują je lub niszczą.

Żyj tak, aby nie powielać błędów ludzi sprzed lat. Żyj tak, aby nie powielać swoich. 

Jaką wartość ma dla Ciebie Twoje życie? Jaką wartość ma dla Ciebie życie innych? Jak ważne jest dla Ciebie Twoje szczęście? Jak ważne jest dla Ciebie szczęście innych? Czy Twoje życie służy tylko Tobie, czy służy też innym? Co dajesz innym? Czego od nich wymagasz?

Czym jest rzeczywistość? 

czwartek, 7 lutego 2019

Czas nowej rodziny

Rywalizacja w rodzinie często ma miejsce pośród kobiet. Mężczyznom można zarzucać wiele rzeczy na różnych poziomach, ale zazwyczaj to kobietom wydaje się, że watro grać rolę lepszej synowej niż faktycznie nią być. Dzieje się to z wielu powodów. Dla większości to doskonały moment na dowartościowanie siebie. Oczywiście kosztem innych w niezbyt fajnych sytuacjach, ale rywalizujących najczęściej to niewiele obchodzi. Kolejna sprawa to majątek. Majątek i pieniądze rodziców czy teściów, które prędzej czy później gdzieś zostaną ulokowane. Nikt tego nie mówi, ale zadziwiające jest to, jak wiele osób myśli w ten sposób. Wyciąganie rąk po cudze pieniądze jest bardzo powszechne. To ludzie potrafią najlepiej. A z cudzego domu wydarliby jak najwięcej. Bez oglądania się na nikogo, bez żadnych skrupułów, wyrzutów sumienia. Bez mrugnięcia okiem zabraliby wszystko. Choćby po to, żeby później się rozwieść i mieć zabezpieczenie.

I to jest jedna z tych rzeczy w ludziach, która brzydzi mnie najbardziej. Chęć zawładnięcia czymś, na co inny człowiek pracował całe swoje życie. I co najciekawsze, każdy myśli, że jest bystry. Każdy uważa, że tego nie widać, że ludzie, których to dotyczy są ślepi i niczego nie czują. Każdy uważa, że wystarczy kilka razy się uśmiechnąć, poudawać kogoś fajnego. Raz na jakiś czas okazać komuś zainteresowanie. I już. Tyle wystarczy, żeby zmylić, żeby kogoś oszukać. Nie. Nie wystarczy. Wszystko to, co jest w twoim wnętrzu jest i na zewnątrz ciebie. I ludzie to odbierają. Wiedzą. Po prostu wiedzą. Więcej niż się wydaje.

Widziałam wiele takich obrazów. Widziałam jak rodzeństwa odwracają się od siebie pod wpływem nowych osób wchodzących w rodzinę. Widziałam matki, które radziły swoim córkom szukać sobie facetów z portfelem. Matki, które radziły synom szukać kobiet, które będą ich utrzymywały. Bo po co pracować skoro ktoś może dać za darmo. Po co mieć swoje pieniądze skoro można nieustannie korzystać z cudzych? Po co nauczyć się pracować, szanować to, co się zarobi i być niezależnym? Po co skoro można żyć bez tego. Można żerować na kimś i udawać, że ma się do tego prawo, że to się należy.

Oszukiwanie ludzie mają we krwi. I nawet przez myśl im nie przejdzie, że ktoś może znać prawdę. Kiedyś już o tym mówiłam, ale powiem jeszcze raz. Każdy chciałby dostać jak najwięcej i najlepiej za darmo. Tak jest najłatwiej. Po co szanować czyjąś pracę i czas jeśli można tego nie robić i też być człowiekiem? Bo można prawda?

To nie jest trudne wiedzieć o kimś więcej niż sam mówi. Mając dostęp do siebie samego, masz dostęp do wszystkich. Im więcej pozwolisz sobie wiedzieć o sobie samym, tym więcej będziesz wiedzieć o innych. Im bliżej Boga jesteś - tym bliżej jesteś prawdy. Jeśli tego nie chcesz, to tego nie rób. Masz prawo żyć w ciemności, niewiedzy, strachu, gniewie, zazdrości, smutku, kłamstwie. Masz prawo żyć w czymkolwiek chcesz i jakkolwiek chcesz, ale jeśli wyjdziesz z założenia, że wszyscy wybiorą tak jak ty, to jesteś w błędzie.

Ludzie nie zastanawiają się nad tym, co robią. Działają pod wpływem emocji, przez co wychodzą później niezbyt fajne sytuacje, które doskonale ich określają. Wtedy nic już nie da się zrobić. Niczego nie da się cofnąć. Niczego nie da się naprawić. Sytuacja dzieje się sama i nie ma już nad nią żadnej kontroli. Mimo to, niewiele osób stać na to, żeby powiedzieć zwykłe "przepraszam". Tak, jakby to kosztowało niesamowite pieniądze.

Chciwość, zachłanność, zazdrość na każdym kroku. Potrzeba rywalizacji i ukazania siebie w jak najlepszym świetle, która można śmiało powiedzieć, że zahacza już o stan chorobowy. Nawet wtedy, kiedy nie ma czego zazdrościć. Ludzie znajdą powód. Wykopią go spod ziemi, żeby tylko prowadzić z kimś wojnę. Oczywiście z uśmiechem na ustach i fałszywą sympatią. Takie wojny są najlepsze, prawda? Wtedy łatwiej jest się wszystkiego wyprzeć. Przed samym sobą. Tylko przed samym sobą, bo przed nikim innym się nie uda. Ludzie nie są tak bystrzy i cwani jak sądzą.

Według matek żadna kobieta nie będzie wystarczająco dobra dla ich syna. Według ojców żaden mężczyzna nie jest dość dobry dla córki. To schemat, który chyba wszyscy znają. Zdarzają się rodziny, w których nie funkcjonuje, ale najczęściej da się go zauważyć, choć bywa lekko zmodyfikowany. Nawet jeśli ten schemat nie jest dość widoczny, (a może nie być, bo często jest ukrywany), to często bardzo zauważalna jest pochodna tego problemu. Traktowanie syna albo córki jako jednostki. Pomimo zawarcia małżeństwa, pomimo wyprowadzenia się z domu, pomimo rozpoczęcia zupełnie innego, samodzielnego etapu w życiu, dziecko (a jednak osoba dorosła) wciąż jest traktowane jako jednostka. I tylko ta osoba jest w rodzinie, jej druga połówka już nie. Nie wszyscy to widzą. Myśle, że niektórzy nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że coś takiego robią. Ale jednak robią. I jest to zauważalne i odczuwalne. W innych przypadkach nowa "rodzina" robi to celowo. Przy byle okazji zaznacza tylko istnienie brata, syna, siostry, córki. Druga osoba się nie liczy, nie istnieje. Przy okazji znowu kwestia pieniędzy. Przykładowo. Kupiony dom przez syna i synową za wspólne pieniądze jest tylko domem syna. Nie ma "ich" jest tylko "jego". Tak samo nie ma "oni" jest "on" i "ona" ciągle osobno. Jakby nic się nie zmieniło. I dalej jest milion takich historii. Wystarczy dobrze się przyjrzeć. Domów jest wiele, ale większość mówi to samo.

Jeśli uważasz, że coś ci się należy, to nie znaczy, że tak faktycznie jest. A jeśli nawet coś ci się należy, to nie znaczy, że można sobie to wziąć samemu.

niedziela, 3 lutego 2019

Wieża Babel

Błędy w rozumieniu. 

Zdanie składa się ze słów. Według słowników, każde słowo powinno mieć takie samo znaczenie dla wszystkich. Ale tak nie jest. Ludzie nie znają znaczeń ani wartości słów. Ignorują najczystszą postać tego, co słyszą. Przekształcają wszystko pod to, co chcą usłyszeć. Z czystym sumieniem i w pełnym usprawiedliwieniu podciągają każde słowo padające z ust innych do kształtu, który im najbardziej odpowiada. Nadają zdaniom zabarwienie. Ludzie uwielbiają się doszukiwać. Byleby tylko znaleźć swoją krzywdę. Byleby znaleźć w kimś coś złego. Byleby pokazać wszystkim wokół tą ogromną niesprawiedliwość dotyczącą swojej nieskazitelnej, nieskalanej osoby. Wiesz, o czym mówię? 

"Nie wiem, dlaczego tu jesteś". Bardzo proste zdanie, które może nam posłużyć jako przykład. Człowiek, który nie próbuje się niczego doszukiwać zrozumie to zdanie dokładnie tak, jak ono wygląda. Osoba, która wypowiada to zdanie po prostu, najzwyczajniej w świecie, nie zna przyczyny dlaczego druga osoba znalazła się w określonym miejscu i czasie. Brak wiedzy w danym temacie. I tyle. Natomiast człowiek, który nie wiadomo z jakiego powodu uważa się za kogoś ponad innymi, chce znaleźć coś złego w rozmówcy i cały czas nieprzerwanie szuka momentu, żeby poczuć się urażonym, podciągnie sobie to zdanie pod negatywne zabarwienie. Czyli: "nie wiem po co tu jesteś, bo przecież do niczego się nie nadajesz i nie powinno cię tu być, jesteś nikim". Skracam to do kilku słów, mimo że, tacy ludzie mają już w głowie esej określający to jedno zdanie, które usłyszeli. Ludzie są tak bardzo czuli na swoim punkcie, że zupełnie nie słyszą tego, co się naprawdę do nich mówi.

Widzisz. Nie dość, że człowiek rozumie to, co chce rozumieć, bo tak mu pasuje, to jeszcze ile oczerniających słów o rozmówcy padnie z jego ust. Do kogo? Najczęściej do ludzi o podobnych charakterach, podobnym sposobie myślenia. Do ludzi, których nie stać na szczerość. Ludzi, którzy z zazdrości o cokolwiek zeżarliby wszystko i wszystkich. Punkt patrzenia zależy od punktu siedzenia. Mówi się, że zawsze najwięcej daje rozmowa, że to podstawa. Tak. To prawda. Ale tylko i wyłącznie w przypadku, kiedy w ludziach jest szczerość, kiedy ludzie naprawdę chcą coś rozumieć. W każdym innym wypadku rozmowa nie ma najmniejszego sensu, bo każde kolejne słowa będą odbierane w ten sam sposób jak poprzednie. I do niczego nie dojdziemy. Nigdy. 

Ciekawe jest też coś innego. Czasami ludzie nie wiedzą jak mają rozumieć to, co usłyszeli. Po prostu nie wiedzą, nie są pewni, mają chwilę zawahania. I mimo to, nie zapytają. Nie przyjdą i nie powiedzą "słuchaj, bo ja nie wiem czy dobrze rozumiem" albo "czy możesz wytłumaczyć?" Albo nawet "czyli to jest tak i tak, dobrze rozumiem?". I to dokładnie byłaby ta chwila, w której mieliby odpowiedź na wszystko. Nie musieliby wymyślać, marnować czasu, żyć w gniewie, nerwach, poczuciu krzywdy czy strachu. To byłoby coś przełomowego, coś zmieniającego dalszy bieg historii. Dlaczego tak ciężko przechodzi nam przez gardło jakiekolwiek pytanie? Dlaczego tak bardzo nie chcemy słyszeć prawdy? Dlaczego chcemy myśleć o kimś źle? Dlaczego chcemy nastawiać innych przeciwko komuś? Jak możemy myśleć o sobie dobrze jeśli robimy takie rzeczy? Dlaczego jesteśmy ludźmi, z którymi nie da się rozmawiać bez konsekwencji, że to, co mówimy zostanie przekręcone o 180 stopni i zmieni znaczenie? Kto dał nam prawo do postępowania w taki sposób? 

Mówimy o słowach, ale błędy w rozumieniu dotyczą też gestów. Czasami jedna osoba coś mówi do drugiej a trzecia jest w ich towarzystwie i się zamyśli. Przecież to normalne, ludzie często się zamyślają w najróżniejszych momentach swojego życia. Jakby nie było, to wystarczy, żeby osoba mówiąca stwierdziła, że osoba, która się zamyśliła ignoruje ją, lekceważy, przewraca oczami, albo nie podoba jej się to, co powiedziała osoba mówiąca. Tak niewiele nam potrzeba, żeby osądzać innych, prawda? Tak mało nam potrzeba, żeby znaleźć w kimś coś złego. To nic, że to nie jest prawda. To nic. 

Mówimy tym samym językiem. Jesteśmy wyposażeni w narzędzia, które umożliwiają nam czyste i płynne porozumiewanie się. I nie chcemy słuchać siebie nawzajem. Nie chcemy znać prawdy ani o sobie ani o innych. Żyjemy w wymyślonym przez siebie świecie i przypisujemy sobie zmyślone wartości, zmyślone cechy charakteru. Nasze życie nie jest prawdziwe. Wymyślamy historie, które nie miały miejsca i wlewamy je w innych. Kropelka po kropelce. Żeby tylko mieli o nas lepsze zdanie niż o innych. Żebyśmy byli na wierzchu, na samej górze. Żeby tylko inni myśleli źle o ludziach, których nie lubimy, ludziach, którym czegoś zazdrościmy. 

Wierzysz w Boga? Co mówi ósme przykazanie? Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu. Czyli inaczej mówiąc nie opowiadaj kłamstw o innych. Sami postawcie sobie resztę pytań. I odpowiedzcie sobie szczerze. Sami przed sobą. 

Naciąganie prawdy lub całkowita jej modyfikacja zawsze jest kłamstwem. Niezależnie od tego, czy deformacja wynika z błędów w rozumieniu wywołanym zbyt wysokim stężeniem emocji w sobie czy z czegoś innego, to zawsze jest kłamstwo. Zawsze. 

Ludzie szukają zła w innych, żeby poczuć się lepszymi niż rzeczywiście są. I znajdą je. Choćby było zmyślone, choćby nie miało nic wspólnego z prawdą i rzeczywistością. Znajdą je i opowiedzą innym. I nawet kiedy historia zatoczy koło i wszystko wyjdzie na jaw, wyprą się w żywe oczy. Bez żadnego problemu zrzucą winę na kogoś innego i nie przyznają się, że zrobili komuś świństwo. Będą kłamać dalej, nawet kiedy to kłamstwo będzie już żenujące, trwające zbyt długo lub pozornie zakopane głęboko pod codziennością, prawie zapomniane. Nikt się nie przyzna, że popełnił błąd. Nikt nie odważy się przyjść i powiedzieć przepraszam. To nie ona kłamała tylko ja. To nie było tak. Nikt tego nie powie. Jeśli jest jakiekolwiek prawdopodobieństwo, że okłamana osoba nie dowie się prawdy to ta osoba, która okłamała będzie trwać w kłamstwie choćby miała się nim zadławić i umrzeć. Tak szczerzy są ludzie, którzy jednocześnie wymagają szczerości od innych. Ludzie, którzy brzydzą się kłamstwem. Ludzie, którzy wolą usłyszeć najgorszą prawdę niż kłamstwo.

Mówimy tym samym językiem, a jednak innym. Żyjemy obok siebie a tak nam do siebie daleko. Wszyscy jesteśmy równi a jednak każdy próbuje być ponad kimś innym. Potrzebujemy pomocy a jednocześnie sami nie chcemy pomagać. Pytamy, ale nie chcemy słuchać. Oczekujemy ciągle od kogoś, ale nigdy od siebie. Chcemy brać. Brać i absolutnie nic od siebie nie dać.