Jestem w, a nie obok. Jestem sobą i Tobą.
Wiesz, ja ciągle grzebię w przeszłości. Ciągle oglądam wszystkie ujęcia z mojego życia i wciąż czekam na to, czego jeszcze sobie nie przypomniałam. Czekam na to, aby zobaczyć każdy, nawet najmniejszy swój błąd, aby go rozwiązać, zrozumieć i już więcej go nie popełnić. Jak najszybciej chcę odejść od wszystkiego, czym byłam i zacząć nową siebie, nowe życie na całkiem innych zasadach.
Nie pasuje mi już nic ze starego życia. Oddaje ubrania, wyrzucam rzeczy, czyszczę wszystko, co tylko zobaczę i doskonale wiem, że to już nie jest czas na żadne sentymenty. Nawet te najmniejsze. Nie potrzebuje już ani chwili z tamtego okresu. Ani jednego momentu.
Mierzenie się z przeszłością nie przychodzi ludziom łatwo. Jeśli ktoś robi to naprawdę szczerze, zazwyczaj zalewa się łzami i przez jakiś czas nie może pogodzić się z tym, kim był, co robił, jak żył i co zrobił z własnym życiem.
Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, ile mają w sobie do zrobienia. Ile rzeczy się nawarstwia, ile cech charakteru potęguje kolejne. Na co dzień nikogo to nie interesuje. Ludzie wolą dławić się w swoim własnym bagnie, dusić się emocjami, rozumieć wszystko po swojemu, widzieć tylko siebie, gadać jedno na drugie nieważne czy to prawda, czy nie. Ważne, żeby gadać. Ważne, żeby było o czym rozmawiać. Ważne, żeby była sensacja. I najlepiej czyjaś krzywda. Tym ludzie karmią się najbardziej. Z uśmiechem na ustach.
Jeśli ludzie wierzą w Boga tak bardzo jak mówią, to dlaczego nie widać Go w nich na co dzień? Gdzie jest ta miłość, zrozumienie, bezinteresowność, dobroć, mądrość, szczerość, prawda? Gdzie to wszystko jest w tych ludziach?
Ludzie wpadają w schemat. Biegają do Kościoła w każdą niedzielę i Święta. Biegają do spowiedzi opowiadając o kilku grzechach na krzyż, tych samych co poprzednim razem i liczą, że wszystko zostanie im wybaczone i zapomniane. Myślą, że od samego chodzenia do Kościoła ich dusza stanie się cudownie uzdrowiona i oczyszczona a zmówienie pokuty po spowiedzi sprawi, że ich grzechy będą odpuszczone. Potem pójdą do nieba i te wszystkie inne bzdury. Idealnie. Niewiele trzeba robić. Zaliczyć Kościół, zaliczyć spowiedź, pokazać wszystkim wokół, że się chodzi do Kościoła. Wystarczy. Wszystko zrobione. Ludzie sądzą, że wierzą, a tak naprawdę nie mają zielonego pojęcia o wierze, o Bogu i o sobie samym. Nie mają pojęcia o niczym poza tym, co uznali za słuszne. Nie potrafią nawet przez chwilę zastanowić się nad tym co robią i po co to robią. Nie potrafią odpowiedzieć sobie szczerze. Ktoś zapyta: dlaczego chodzisz do Kościoła? Odpowiesz: "bo wierzę w Boga". Dobrze. I co? I co dalej? Co robisz, żeby być z Bogiem? Co robisz, żeby Go znaleźć? W Kościele Go szukasz? Ile lat tam chodzisz? 20? 50? Co przez ten czas tam znalazłeś? Co odkryłeś? Poczułeś Go tam? Czy w ogóle zacząłeś czegoś szukać? Czy w ogóle zależy Ci, żeby coś znaleźć?
Ja nie mówię przestań, ale mówię pomyśl.
Zadziwiające jest też to jak wiele osób robi takie rzeczy automatycznie. Z przyzwyczajenia, przez tradycję, przez to, że inni to robią. Tak jakby wszyscy ci ludzie byli zupełnie pozbawieni jakiejkolwiek świadomości, jakiejkolwiek zdolności myślenia, rozpatrywania, zastanawiania się. Tak, jakby ludzie nie byli zdolni do żadnych przemyśleń.
Pieniądze, pieniądze i jeszcze raz te pieniądze. Przelewają się w ludzkich sercach, jakby naprawdę były czymś godnym uwagi. Pieniądze i ego. To jest dokładnie to, co w ludziach podchodzi mi już do gardła. I nie chodzi o to, że to denerwuje, drażni czy rozczarowuje. Nawet nie chodzi o to, że to wywołuje łzy. Chodzi o to, że w pewnym momencie człowiek dochodzi do takiego punktu, w którym czuje się już po prostu zmęczony. Tak najzwyczajniej w świecie. Najzwyczajniej, jak to tylko możliwe.
Jakiś czas temu rozmawiałam z pewną dziewczyną. Byłyśmy wśród ludzi, o których nie miałam dobrego zdania. Nie mogłam mieć, bo czułam wszystko, co mieli w sobie. Czułam i nie mogłam tego znieść. Nie mogłam znieść ich zakłamania, nienawiści, obwiniania, gry, fałszywych uśmiechów, chęci krzywdzenia innych, chęci udowodnienia czegoś, chęci dominacji. Nie mogłam znieść nawet ich obecności. Czułam, jak się w tym topię. Opowiedziałam jej o tym. Wiedziałam, że też to czuje. Ona spojrzała na nich i powiedziała mi: "Wiesz, ja ich wszystkich kocham tak samo.” Popatrzyłam na nią i wiedziałam już, że to prawda. Wiedziałam, że ta dziewczyna mimo to, że doskonale wie jak jest i czuje to wszystko na sobie, tak jak ja, naprawdę szczerze ich kocha. Oczywiście rozmowa toczyła się dalej, ale ja zapamiętałam tylko to zdanie. Przypominam sobie tą sytuację zawsze wtedy, kiedy brakuje mi już siły. Wtedy, kiedy nie chcę już czuć bólu spowodowanego tym, że ktoś jest rozczarowany tym, że ktoś wraca do zdrowia. Bo nie taki był plan. Bo przecież miał już nie chodzić. Bo przecież.. właśnie. Czuję wszystkie "bo przecież" co do słowa, co do jednej, najmniejszej myśli. Przypominam sobie to dokładnie wtedy, kiedy czuję na sobie ten cały syf, którym brzydzę się do tego stopnia, że chce mi się rzygać.
I jestem tej dziewczynie ogromnie wdzięczna, bo dzięki niej jakoś sobie radzę z tym, co płynie od osób, które nigdy serca nie miały.
Wiesz, ja ciągle grzebię w przeszłości. Ciągle oglądam wszystkie ujęcia z mojego życia i wciąż czekam na to, czego jeszcze sobie nie przypomniałam. Czekam na to, aby zobaczyć każdy, nawet najmniejszy swój błąd, aby go rozwiązać, zrozumieć i już więcej go nie popełnić. Jak najszybciej chcę odejść od wszystkiego, czym byłam i zacząć nową siebie, nowe życie na całkiem innych zasadach.
Nie pasuje mi już nic ze starego życia. Oddaje ubrania, wyrzucam rzeczy, czyszczę wszystko, co tylko zobaczę i doskonale wiem, że to już nie jest czas na żadne sentymenty. Nawet te najmniejsze. Nie potrzebuje już ani chwili z tamtego okresu. Ani jednego momentu.
Mierzenie się z przeszłością nie przychodzi ludziom łatwo. Jeśli ktoś robi to naprawdę szczerze, zazwyczaj zalewa się łzami i przez jakiś czas nie może pogodzić się z tym, kim był, co robił, jak żył i co zrobił z własnym życiem.
Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, ile mają w sobie do zrobienia. Ile rzeczy się nawarstwia, ile cech charakteru potęguje kolejne. Na co dzień nikogo to nie interesuje. Ludzie wolą dławić się w swoim własnym bagnie, dusić się emocjami, rozumieć wszystko po swojemu, widzieć tylko siebie, gadać jedno na drugie nieważne czy to prawda, czy nie. Ważne, żeby gadać. Ważne, żeby było o czym rozmawiać. Ważne, żeby była sensacja. I najlepiej czyjaś krzywda. Tym ludzie karmią się najbardziej. Z uśmiechem na ustach.
Jeśli ludzie wierzą w Boga tak bardzo jak mówią, to dlaczego nie widać Go w nich na co dzień? Gdzie jest ta miłość, zrozumienie, bezinteresowność, dobroć, mądrość, szczerość, prawda? Gdzie to wszystko jest w tych ludziach?
Ludzie wpadają w schemat. Biegają do Kościoła w każdą niedzielę i Święta. Biegają do spowiedzi opowiadając o kilku grzechach na krzyż, tych samych co poprzednim razem i liczą, że wszystko zostanie im wybaczone i zapomniane. Myślą, że od samego chodzenia do Kościoła ich dusza stanie się cudownie uzdrowiona i oczyszczona a zmówienie pokuty po spowiedzi sprawi, że ich grzechy będą odpuszczone. Potem pójdą do nieba i te wszystkie inne bzdury. Idealnie. Niewiele trzeba robić. Zaliczyć Kościół, zaliczyć spowiedź, pokazać wszystkim wokół, że się chodzi do Kościoła. Wystarczy. Wszystko zrobione. Ludzie sądzą, że wierzą, a tak naprawdę nie mają zielonego pojęcia o wierze, o Bogu i o sobie samym. Nie mają pojęcia o niczym poza tym, co uznali za słuszne. Nie potrafią nawet przez chwilę zastanowić się nad tym co robią i po co to robią. Nie potrafią odpowiedzieć sobie szczerze. Ktoś zapyta: dlaczego chodzisz do Kościoła? Odpowiesz: "bo wierzę w Boga". Dobrze. I co? I co dalej? Co robisz, żeby być z Bogiem? Co robisz, żeby Go znaleźć? W Kościele Go szukasz? Ile lat tam chodzisz? 20? 50? Co przez ten czas tam znalazłeś? Co odkryłeś? Poczułeś Go tam? Czy w ogóle zacząłeś czegoś szukać? Czy w ogóle zależy Ci, żeby coś znaleźć?
Ja nie mówię przestań, ale mówię pomyśl.
Zadziwiające jest też to jak wiele osób robi takie rzeczy automatycznie. Z przyzwyczajenia, przez tradycję, przez to, że inni to robią. Tak jakby wszyscy ci ludzie byli zupełnie pozbawieni jakiejkolwiek świadomości, jakiejkolwiek zdolności myślenia, rozpatrywania, zastanawiania się. Tak, jakby ludzie nie byli zdolni do żadnych przemyśleń.
Pieniądze, pieniądze i jeszcze raz te pieniądze. Przelewają się w ludzkich sercach, jakby naprawdę były czymś godnym uwagi. Pieniądze i ego. To jest dokładnie to, co w ludziach podchodzi mi już do gardła. I nie chodzi o to, że to denerwuje, drażni czy rozczarowuje. Nawet nie chodzi o to, że to wywołuje łzy. Chodzi o to, że w pewnym momencie człowiek dochodzi do takiego punktu, w którym czuje się już po prostu zmęczony. Tak najzwyczajniej w świecie. Najzwyczajniej, jak to tylko możliwe.
Jakiś czas temu rozmawiałam z pewną dziewczyną. Byłyśmy wśród ludzi, o których nie miałam dobrego zdania. Nie mogłam mieć, bo czułam wszystko, co mieli w sobie. Czułam i nie mogłam tego znieść. Nie mogłam znieść ich zakłamania, nienawiści, obwiniania, gry, fałszywych uśmiechów, chęci krzywdzenia innych, chęci udowodnienia czegoś, chęci dominacji. Nie mogłam znieść nawet ich obecności. Czułam, jak się w tym topię. Opowiedziałam jej o tym. Wiedziałam, że też to czuje. Ona spojrzała na nich i powiedziała mi: "Wiesz, ja ich wszystkich kocham tak samo.” Popatrzyłam na nią i wiedziałam już, że to prawda. Wiedziałam, że ta dziewczyna mimo to, że doskonale wie jak jest i czuje to wszystko na sobie, tak jak ja, naprawdę szczerze ich kocha. Oczywiście rozmowa toczyła się dalej, ale ja zapamiętałam tylko to zdanie. Przypominam sobie tą sytuację zawsze wtedy, kiedy brakuje mi już siły. Wtedy, kiedy nie chcę już czuć bólu spowodowanego tym, że ktoś jest rozczarowany tym, że ktoś wraca do zdrowia. Bo nie taki był plan. Bo przecież miał już nie chodzić. Bo przecież.. właśnie. Czuję wszystkie "bo przecież" co do słowa, co do jednej, najmniejszej myśli. Przypominam sobie to dokładnie wtedy, kiedy czuję na sobie ten cały syf, którym brzydzę się do tego stopnia, że chce mi się rzygać.
I jestem tej dziewczynie ogromnie wdzięczna, bo dzięki niej jakoś sobie radzę z tym, co płynie od osób, które nigdy serca nie miały.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz